20 marca 2013

Dość!

No naprawdę basta! Ile można?! Jak zobaczę jeszcze jeden płateczek śniegu to rzygnę. W Rzymie jest 11 stopni, a za parę dni ma być 17. Bilet na jutro kosztuje 300 zł. Somebody stop me!
K.

Monotonia. Wszystko wina zimy..........


Brakuje mi cierpliwości. Odliczanie do dwustu nie pomaga. Głębokie wdechy i wydechy też nie pomagają. Na rynku mamy mnóstwo kursów: asertywności, kreatywności, języków obcych i wiele innych, ale nie natknęłam się na kurs cierpliwości. Jak nie krzyczeć bez powodu? Czemu wszystko nas irytuje? I jeszcze te poniedziałki. Po weekendzie tak trudno przejść na tryb codzienności, sama z chłopakami. Wszystko wydaje się bez sensu i jest potwornie męczące. Powtarzalny tryb dnia dzieci ułatwia funkcjonowanie, ale i wprowadza monotonie, która po tych kilku latach obrzydła mi.
M.

11 marca 2013

Drogi i bezdroża


Czy jestem jedynym kierowcą, dla którego wszystkie drogi są takie same? Nie odróżniam mostów, nawet nie wiem, który jak się nazywa! Nie znam się na tych wszystkich trasach z nazwami, ulicach, drogach i czymś z dziurami, po czym muszę katować mój biedny samochód. Mam nawet problem z powrotem do własnego domu. Bo jednej drogi nie ma, a narobili wiaduktów i rozjazdów i zapomnieli dobrze opisać. Zresztą, po co to wszystko jak i tak stoimy wszędzie w korku. Ja nawet wiem, o której gdzie będę stała.  Do tego zawsze ktoś zadzwoni, a ja kompletnie nie umiem zmieniać biegów i gadać przez komórkę, a o pisaniu smsów nie wspominając. Jak dotrę do wyznaczonego celu to siedzę i oddzwaniam i wszyscy tacy zdziwieni, że stosuję się do przepisów i szkoda mi na mandaty za używanie komórki w aucie. I jeszcze dzieci jak nie ma takiej potrzeby to zasną w fotelikach i później marudzą, bo je budzę jak dotrzemy do domu albo są ekstra wyspani i ani myślą iść spać o ludzkiej porze. Także moją nową lekturą będzie atlas samochodowy Warszawa i okolice.

26 lutego 2013

brak czasu


Natchnął mnie ostatnio przeczytany felieton. Jak to jest z tym brakiem czasu i organizowaniem? Jak wiadomo każdej matce Polsce, nie tak łatwo zaplanować sobie dzień jak ma się pod opieką dwójkę dzieci i jest się samym. Monotonia mi doskwiera, ale może warto by zastanowić się nad planem dnia przy najmniej do czasu powrotu męża do domu. Może ktoś ma jakieś dobre rady? Wydaje mi się, że czasami marnujemy nasz cenny czas i rozprawiamy się z nieistotnymi rzeczami. Muszę się przyznać, ze ciężko zrezygnować z perfekcjonizmu jak ma się taki ciężki charakter. Zawsze chcę, aby wszystko było na swoim miejscu, denerwują mnie walające się po podłodze zabawki, więc je sprzątam. Nie wspominając już o notorycznym odkurzaniu, bo brud mnie doprowadza do szału. Czy przesadzam? Starszy syn nawet zasugerował, że znowu sprzątamy, a po co jak jest czysto i czemu on znowu musi zbierać zabawki? Ostatnio nawet z wściekłości złamałam mopa i teraz muszę, popylać ze szmatą jak kobiety w poprzedniej epoce (ciężko kupić mopa!). Tak się zastanawiam, że może w domu nie musi być sterylnie, obiad nie zawsze musi być z dwóch dań i z deserem własnej roboty, nie wszytko trzeba prasować, a zabawki postaram się omijać, w końcu i tak nie są moje i nie ja się nimi bawię. Dodatkowe minuty mogłabym poświęcić na pomalowanie paznokci (już nie pamiętam, kiedy były w kolorze czerwonym), albo na dobrą książkę. Jest też prawdopodobieństwo, że wylądowałabym na podłodze budując most albo kolejkę, a plusem byłby uśmiech dziecka, ale czy ja dam radę?

20 lutego 2013

Różowe okulary...


Przeczytałam, że każde niewłaściwe zachowanie naszego dziecka to wina rodziców, którzy kiedyś może nawet nieświadomi popełnili jakiś błąd w wychowaniu i teraz pokutują. Czasem mam wrażenie, że to niestety w 100% prawda.  Staramy się, nie powiem, że nie. Znam wielu rodziców, którzy starają się i przejmują się swoją nową rolą. Problem chyba polega jak zwykle na braku czasu i na natłoku informacji. Z braku czasu nie mamy, kiedy pogłębiać wiedzy o dzieciach, jedzeniu i wychowaniu. Czerpiemy sporą dawkę wiedzy od własnych rodziców, lekarzy, znajomych innych mam, z poradników dla rodziców, z różnych książek, z blogów, na forach i portalach internetowych. Tylko, co jest właściwe, którą informację wybrać i uznać za dobrą. Oczywiście, wszystko też zależy od dziecka i od rodziców. Jaki mają styl wychowania i co chcieliby osiągnąć. Ale jak jedna metoda u nas nie zadziała to chwytamy się innej zazwyczaj bardzo odmiennej. Czy tym wszystkim nie wprowadzamy ogromnego zamieszania w życiu naszych dzieci. I jak wybrać tę metodę nadającą się właśnie dla naszej pociechy. Czy jak nasze dziecko nie chce jeść obiadu to powinniśmy odpuścić, a jeśli tak to jak długo to ma trwać? Czy lepiej za proponować deser jak zje obiad? Ale co jak nie jest zainteresowane deserem? Kupowanie zabawek w zamian za zjedzony obiad, zrujnuje nasz budżet, i nie zawsze działa, przy najmniej na moje dziecko. Wciskanie na siłę jedzenia do buzi to przemoc fizyczna i psychiczna, dlatego odradzam zawsze i mam nadzieję, że nikomu nie przyjdzie to do głowy! A gdy dziecko ma tylko jedno ulubione danie, albo dwa, to, co robić mu to na zmianę przez wszystkie dni w roku, zamykać oczy przy gotowaniu, bo nam już obrzydło, a co w takiej sytuacji myśleć o zdrowym jedzeniu, o ilości dostarczanych witamin, o ilości i jakości posiłku? Każdy przeczytany przeze mnie artykuł dotyczył tylko jednej metody i zawsze autor uznawał, że jest ona najlepsza. Zawsze brakowało mi złożoności problemu. To nie jest prosta kategoria typu mam w domu niejadka. To jest raczej kwestia chciałabym, aby moje dziecko odżywiało się zdrowo, ale nie chcę, aby posiłki były najgorszym momentem w ciągu dnia. Nie chcę go zmuszać, chcę, aby był zdrowy, a to, co jemy ma znaczenie. Nasz pediatra twierdzi, że przy pełnej lodówce dziecko głodne chodzić nie będzie, a przegłodzenie dziecka może mu pomóc, na pewno się złamie na obiadek. Niestety to też błędna teoria. Nie sprawdziła się u nas. Dziecko jest zawzięte, a ja za miękka. W lodówce zawsze są zdrowe produkty, ale dziecko zawsze wybierze te swoje ulubione i mamy znów to samo menu od 2 lat. To samo jest z tak zwanym złym albo niepoprawnym zachowaniem. Takim, którego tak naprawdę to my nie akceptujemy. Jeśli ktoś mi powie, że tylko grające zabawki są irytujące to jest w błędzie. Wystarczy jak maluch zacznie grać na garnkach i wcale nie przeszkadza mu to łomotanie.  I tak od rana do wieczora. Budzisz się i zasypiasz z tym łomotaniem. Jeśli jako nastolatek będzie kiedyś grał na perkusji to będę przygotowana. I co z tymi dziećmi, które jeszcze nie mówią. Domyślasz się, o co chodzi, ale jak zaczyna krzyczeć, marudzić i drzeć się  wniebogłosy to tracisz cierpliwość. Ja tak mam. Powtarzam sobie mantrę oddychaj, oddychaj, oddychaj.….. i nie krzycz, nie krzycz, nie krzycz……. Niestety nie zawsze pomaga. Wtedy dzwonię pod dowolny numer z komórki i drę się, że nie daję już rady. Odkąd mam dzieci moja lista numerów w telefonie została ograniczona do tych, którzy są jeszcze w stanie wysłuchać mojego narzekania. Moja cierpliwość wisi na włosku i mam tego świadomość, dlatego tak bardzo staram się, aby popatrzeć na wszystko przez różowe okulary. Oswajam się z myślą, że na niektóre sprawy nie mam wpływu, a z innymi muszę poradzić sobie sama. Jakoś tak zawsze było i dałyśmy rade droga K. Obiecuję Ci, że zima już odchodzi. Wytrzymajmy do końca tego tygodnia i cieszmy się, że nie ma temperatury -10, bo wtedy bym płakała! (z tym tańszym gazem z Rosji to ktoś nas okłamał, jak ktoś nie wierzy niech zamieszka w domu pod Warszawą).

I na koniec optymistycznie! Chodźmy upiec ciasto drożdżowe!

19 lutego 2013

Gdzie ta wiosna, do cholery?!

Oficjalnie potwierdza się, że mam tu najsłabszą psychę. Gdy M. i G. suną zachwycone wśród świeżych płateczków śniegu i myślą "ach, jak pięknie!", ja myślę "Ku...a!!! Gdzie ta wiosna?!" po czym zaliczam spektakularną glebę w moich kozaczkach na płaskim, śliskich jak jasna cholera. Dziś spróbowałam wrócić spod sklepu na chodnik, ale się nie dało, było lekko pod górkę, wózek terenowy, ciężki przede mną, w dodatku dociążony tym wielkim kalafiorem po którego do sklepu dobrnęłam, a ja młóciłam nogami, ale mimo to stałam w miejscu, jak w kreskówce. I nawet nie dało się mieć do nikogo pretensji, że nieodśnieżone. Jak ma być odśnieżone, jak cały czas napieprza tym śniegiem? Na pewno jakiś nieszczęśnik odśnieżający miasto już 5 razy zdążył odszuflować ten podjazd i z rozpaczą oglądał go za każdym razem na nowo tak samo zaśnieżony. Robota głupiego. Zupełnie jak nauczenie cywilizowanych zachowań mojego rocznego dziecka. Chyba czas wrócić do żłobka. Małej ewidentnie się ze mną nudzi, w godzinach 'żłobkowych" robi się naprawdę nieznośna. No, ale przecież czekamy na wiosnę, co by nie chorowała. Gdzie ona jest?! Porąbany futrzak, świstak Phil z tego dziwnego miasta, co mi się zawsze kojarzy, że on jest Panasonic Phil, ale to jest jakoś inaczej, jak ktoś oglądał 14 razy "Dzień świstaka" to wie, o czym mówię... Więc ten futrzak kłamliwy obiecał wiosnę za 3 tygodnie, a to już było ze dwa tygodnie temu... Czekam już bardzo nerwowo. A jak mąż nie patrzy to sprawdzam ceny lotów w jakieś miłe ciepłe miejsca. Jak się wkurzę, to odlecę...

Znów zima!


Stety albo niestety znów mamy zimę. Pada śnieg i zrobiło się pięknie. To trzeba przyznać. Wprawdzie wszyscy już od jakiegoś czasu tęsknimy za wiosną, ale dziś zrobiło się cudownie i bardzo męcząco. Cudownie, bo nie widać brudnych ulic, drzewa pokryte puchem ze śniegu wyglądają niesamowicie. Natomiast męcząco jest, bo nie tak łatwo przebić się przez nasze drogi z wózkiem i na rowerze. W wózku uśmiechnięty maluch zachwycony płatkami śniegu, a na rowerze gna nie zmordowany czterolatek. Postanowiłam to wykorzystać. W kozaczkach na płaskim sunęłam jak znana z ekranów pani J. Zmachałam się i zziajałam, ale było warto. Postanowiłam takie spacery na koniec zimy wykorzystać, jako trening mięśni nóg i rąk, bo pchanie wózka jest strasznie wysiłkowe.  Śnieg nadal pada. Jutro będzie powtórka z rozrywki. A może ktoś do nas dołączy? Albo ma jakieś inne propozycje?
M.